Jak zostało zapowiedziane, dziś będzie o serach, których historia sięga wieków całych, a w moim życiu ich historia sięga pierwszego narciarskiego wyjazdu do Francji około 17 lat temu, kiedy to moja, wówczas jeszcze przyszła, Bratowa prowadząc miłe pogawędki z Panią sklepową dokonywała wyboru serów spośród na oko setek zgromadzonych na stoisku. Od tamtej pory sery stanowią istotny element kulinarny, i przyznam że moje podniebienie w równym stopniu od święta uwielbiam rozpieszczać champagne, jak i roquefort :-)


Z całą pewnością do dziś uwielbiam klasyczne brie, jak i camembert, ale też przecudownie łagodnego saint albreya oraz potwornie cuchnącego, ale za to bosko smakującego reblochona o gładkiej miękkiej konsystencji.

Podobnie, jak reblochon, specjalnością Sabaudii, a więc górzystego regionu, który ma szczęście posiadać w swoich granicach wysokie Alpy, są proste wiejskie potrawy jak tartiflette (ziemniaki, cebula, boczek, reblochon), raclette (roztopiony ser w towarzystwie wędlin i/lub warzyw) czy fondue savoyarde. Składnikiem nieodzownym i obowiązkowym w przypadku wszystkich powyższych są sery.

Moim faworytem jest fondue, które ma zapewne tyle samo zagorzałych zwolenników, co stanowczych przeciwników. Podawane w żeliwnym kociołku nasmarowanym ząbkiem czosnku stanowi mieszankę dwóch serów: Beauforta i Comte’a, rozpuszczonych w wysokiej temperaturze, a przede wszystkim w białym wytrawnym winie, choć na ostatnich nartach zdarzyło mi się jeść takie, w którym wino zostało zastąpione winem musującym. Przyznam, że mimo mojej wielkiej słabości do szampanów, cav, prosecco i wszelkich innych musujących brutów, różnica w smaku fondue pozostała niezidentyfikowana ;-) Fondue spożywamy maczając w żeliwnym stale podgrzewanym naczyniu z rozpuszczonymi serami kawałki czerstwej bagietki na-raz-do-buzi, przy pomocy specjalnego sztućca – naprawdę trudno przerwać taką ucztę! Niestety, po orgii należałoby wejść co najmniej na Mont Blanc, żeby spróbować spalić choć połowę pochłoniętych kalorii, o kondycji wątroby po takim wyczynie nie wspominając ;-) )

Nigdy nie zdecydowałabym się na przyrządzanie tej potrawy w domu. Mam jednak wiele ulubionych potraw, które bez sera/serów nie miałyby racji bytu. Mamy tu fetę, bez której nie wyobrażam sobie ulubionej sałaty i ulubionych krewetek saganaki. Mamy również ukochane caprese, którego nie ma bez mozarelli. I wreszcie jeden z moich najbardziej ulubionych makaronów, czyli cztery sery. Jest idealnym rozwiązaniem, kiedy mamy mało czasu i niewiele w lodówce, a dodatkowo nie zdążyliśmy nic zjeść przez cały dzień.

Gotujemy makaron, taki jaki najbardziej lubimy. Ja gotuję papardelle lub tagliatelle. W tym samym czasie rozpuszczamy dwie łyżki masła, dodajemy dwie łyżki mąki i intensywnie mieszamy, dosypujemy mniejsze pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej, kiedy mamy już jednolitą konsystencję powoli i konsekwentnie dolewamy zimne mleko, aż uzyskamy lejącą się konsystencję. Wówczas dodajemy sery. Oczywiście cztery ;-) Radzę eksperymentować z różnymi serami, osobiście uwielbiam połączenie sera pleśniowego typu camembert z ementalerem i niebieskim serem. Jak widać cztery sery, czyli trzy ;-) )) Czwartym – parmezanem – posypuję danie na talerzu. Dużo pieprzymy, jeśli do stołu siadają tylko dorośli dolewamy pięćdziesiątkę wiśniówki.

Sos, jak najczulsza kochanka przylgnie do makaronu koniecznie al dente. I tak jak najczulsza kochanka, spowoduje natychmiastową rozkosz…. naszego podniebienia ;-)

Potrzebujemy:

- paczkę dobrej jakości makaronu

- dwie łyżki masła

- dwie łyżki mąki

- camembert

- ementaler

- niebieski ser

- pieprz, ewentualnie wiśniówka

- parmezan celem smakowitego posypania całości na talerzu.