W życiu bardzo często tak bywa, że doceniamy i zachwycamy się pewnymi rzeczami, wydarzeniami, sytuacjami czy ludźmi, ale na co dzień jakbyśmy o tym/ o nich nie pamiętali. Dopiero w bezpośrednim zetknięciu sobie przypominamy, że to takie piękne, pachnące, cudne, wreszcie smakowite i przepyszne. Tak bywa z dynią, ostatnio z racji nowego sposobu spędzania święta zmarłych direct from USA, coraz chętniej odkurzaną, z powodzeniem skądinąd na wiele bardzo smakowitych i odkrywczych sposobów, o czym w swoim czasie.


I tak jest z pewnością z zapomnianą niemal całkowicie cykorią – spróbujcie znaleźć choć jednego zadeklarowanego fana, co bez cykorii żyć nie może – założę się, że nie będzie to więcej niż jedna osoba! Osobiście znam jednego takiego ambasadora cykorii, choć z pewnością cykorem Go nazwać nie sposób ;-)

A to naprawdę super warzywo, fantastyczne zwłaszcza o tej porze roku, kiedy to pomidory już nie pachną i nie smakują tak jak w słonecznych miesiącach, a papryka, ogórki i sałata są samą wodą, cykoria bogata w witaminy i inne niezwykle cenne dla zdrowia składniki przyda się szczególnie w przerażająco intensywnym czasie końca roku i zamykania budżetów z jednej strony, a obsadzania choinki i polowania na borowiki z drugiej.

Najprostszy i zdaniem niektórych najsmakowitszy sposób na cykorię to po wyjęciu z lodówki, gdzie absolutnie koniecznie powinna spoczywać w oczekiwaniu na konsumpcję, tak z powodu sprzyjającej temperatury, jak i braku światła, które bardzo źle na jej kondycję wpływa (kiedyś z resztą uprawiana była w piwnicach), płuczemy każdy liść z osobna, osuszamy, wkładamy do miski, solimy, pieprzymy, zraszamy sokiem z połówki wymasowanej uprzednio cytryny, zalewamy oliwą i już! Proste, no nie? Uwierzcie, że nie można się od niej oderwać i jeszcze tak się nie zdarzyło, żeby pozostał choć jeden listek.

To pozycja wyjściowa do wielu wariantów sałaty, niektórzy dodają rodzynki, równie dobrze będzie smakowała z niebieskim ostrym serem, pieczoną gruszką i orzechami.

 

Moim faworytem jest cykoria na gorąco i tu mam ulubione dwa warianty, w obu przygotowanie cykorii jest identyczne, tzn. myjemy całe cykorie, obieramy je z pierwszej warstwy liści i kroimy na pól wzdłuż warzywa. Dokładnie i dość obficie solimy, pieprzymy i cukrzymy od wewnętrznej strony. W pierwszym, letnim wariancie płaskimi połowami do góry kładziemy na grillu, polewamy oliwą i pieczemyok. kwadransa. Pycha !

W drugim wariancie układamy w naczyniu do zapiekania o głębokości nieco większej niż sama cykoria i również polewamy oliwą, pieczemy w temperaturze 220 stopni około piętnastu minut, w czasie których przygotowujemy sos. Rozpuszczamy w rondlu dwie spore łyżki masła, dodajemy dwie raczej płaskie łyżki mąki i intensywnie mieszamy. Nie czekając aż masa zacznie zmieniać kolor na ciemniejszy zaczynamy dolewać piwo. Moim zdaniem najlepsze będzie klasyczne jasne o niezbyt intensywnym aromacie. Dodajemy szczyptę gałki muszkatołowej, lekko solimy i dużo pieprzymy świeżo zmielonym pieprzem. Wsypujemy starty parmezan. Kiedy mamy już ładną gładką konsystencję lejącego miodu, zalewamy sosem cykorię, tak żeby raczej się w nim bezwstydnie i hedonistycznie nurzała i pluskała jak duża puszysta blondyna w wannie wypełnionej szampanem, posypujemy szczodrze parmezanem i wstawiamy na ostatnie pięć szybkich minutek do piekarnika. Gotowe :-) i pyszne cudne połączenie słodyczy i goryczy.

Na ostatni przepis potrzebować będziemy:

- pięć – sześć cykorii

- dwie łyżki masła

- dwie łyżki mąki

- piwo, niecałe pół litra

- kawałek parmezanu o wielkości dwóch małych pięści

- sól, pieprz, cukier, gałka muszkatołowa.